piątek, 23 listopada 2018

Hel 3

Jarosław Grzędowicz "Hel 3"


źródło obrazka

Nazwisko Jarosława Grzędowicza poznałam dzięki powieści (i opowiadaniu, ponieważ były wydane razem) „Popiół i kurz” oraz „Obol dla Lilith”. Czytałam je wiele lat temu, autor „kupił mnie” od razu. Potem była „Księga jesiennych demonów” nadal trzymająca niezmiennie wysoki poziom, no i budzący już ogólny zachwyt „Pan lodowego ogrodu”. Pierwszy tom genialny, zakończenie całej serii dość rozczarowujące, ale nadal Grzędowicz był dla mnie gwarantem jakości. No i pojawił się „Hel 3”.

Dość długo zwlekałam z zapoznaniem się z tą książką. Raczej mnie odstraszały zajawki, że rzecz dzieje się w „zdehumanizowanym świecie przyszłości” (z opisu w jednej z księgarni). Osobiście za takimi klimatami powieści nie przepadam. W końcu kupiłam (audiobook) i zaczęłam słuchać. No i się okazało, że autor ma POGLĄDY, których nie waha się użyć. I o ile sam w sobie nie jest to zarzut, to niestety nie potrafię się pogodzić z tym, że tam, gdzie pisarz powinien umieć użyć skalpela, tu mamy walenie cepem po głowie.

Rzeczywistość tego świata w dużej mierze odnosi się do całkiem współczesnych sporów, dyskusji, różnych wizji, ale w tak przerysowany, karykaturalny sposób, że odniosłam wrażenie, że cała ta książka jest tylko po to, żeby autor mógł zamanifestować swoje zdanie.

Jeśli mamy rząd liberalny oczywiście i niechętny postawom patriotycznym to całkowicie podległy jakimś obcym siłom, które Polskę traktują jako rezerwuar taniej siły roboczej. Zrównoważony rozwój to praktycznie przekleństwo Europy, która przyjęła tę doktrynę (połączoną z ideą zrównoważonego ubóstwa) jako zadośćuczynienie za dawne syte lata. Zrównoważony rozwój oznacza na przykład reglamentację wody, energii, spłatę długu węglowego zaciągniętego przez przodków. Tyle tylko, że te obostrzenia nie dotyczą rządzących światem Chin czy Nowosowietów. Cierpi tylko Europa, w szczególności Polska. Z kolei zrównoważony rozwój nauki przyjęty przez międzynarodowe traktaty to pozwolenie polskim naukowcom na przyczynkarstwo w jakiejś ośmieszonej gałęzi quasi-humanistyki. Innowacje i wynalazki są zarezerwowane dla jakichś obcych ich. Jedzenie oficjalnie modny weganizm i wegetarianizm, dostępne produkty to jakieś śmieci, a ci, którzy wytwarzają jedzenie dawnymi, naturalnymi sposobami robią to nielegalnie. Sztucznie wywołana panika dotycząca nadchodzącej epidemii ma być pretekstem do zmuszenia do szczepień outsiderów, którzy nie wyrażają na to zgody, a w efekcie ma to być genetyczna eugenika, pozwalająca na pozbycie się „niechcianego elementu”. Aplikacje zdrowotne monitorują używanie kawy czy papierosów, co jest generalnie zabronione oczywiście dla dobra ludzkości. I mniej więcej w tym stylu kolejne opinie.

Bolałoby o wiele mniej, gdyby nie wykonanie. Z jednej strony mamy znakomity warsztat pisarza. Wydarzenia mkną, akcja wciąga. Początek jest naprawdę znakomity, ale trudno się oderwać. Z drugiej, ideologia, która nawet nie ukrywa, że nią jest. Realna akcja, czyli działania zmierzające do szukania owego nowego źródła energii zaczynają się mniej więcej w połowie. I tu znowu mamy do czynienia ze świetnym warsztatem. Opisy przygotowań, plany eksploracji księżyca, z pojawiającymi się w tle niepokojącymi elementami jest kawałkiem dobrej fabuły. Z tym, że znowu  w głowie pojawiło mi się ale ­– jedno z rozwiązań fabularnych jako żywo przypomina podobne z Pana lodowego ogrodu.

Szukając przerysowanych manifestów politycznych, mam do dyspozycji partyjne ulotki, wydawnictwa i całą masę różnych kanałów medialnych. Czytając powieść, wolałabym nie obrywać tak podaną ideologią, tym bardziej od autora tej klasy co J. Grzędowicz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz