Jarosław Grzędowicz "Hel 3"
![]() |
| źródło obrazka |
Nazwisko Jarosława Grzędowicza poznałam dzięki powieści (i
opowiadaniu, ponieważ były wydane razem) „Popiół i kurz” oraz „Obol dla Lilith”.
Czytałam je wiele lat temu, autor „kupił mnie” od razu. Potem była „Księga
jesiennych demonów” –
nadal trzymająca niezmiennie wysoki poziom, no i budzący już ogólny zachwyt
„Pan lodowego ogrodu”. Pierwszy tom genialny, zakończenie całej serii dość
rozczarowujące, ale nadal Grzędowicz był dla mnie gwarantem jakości. No i
pojawił się „Hel 3”.
Dość długo zwlekałam z zapoznaniem się z tą książką. Raczej mnie
odstraszały zajawki, że rzecz dzieje się w „zdehumanizowanym świecie
przyszłości” (z opisu w jednej z księgarni). Osobiście za takimi klimatami
powieści nie przepadam. W końcu kupiłam (audiobook) i zaczęłam słuchać. No i
się okazało, że autor ma POGLĄDY, których nie waha się użyć. I o ile sam w
sobie nie jest to zarzut, to niestety nie potrafię się pogodzić z tym, że tam,
gdzie pisarz powinien umieć użyć skalpela, tu mamy walenie cepem po głowie.
Rzeczywistość tego świata w dużej mierze odnosi się do całkiem
współczesnych sporów, dyskusji, różnych wizji, ale w tak przerysowany, karykaturalny sposób, że odniosłam wrażenie, że cała ta książka
jest tylko po to, żeby autor mógł zamanifestować swoje zdanie.
Jeśli mamy rząd –
liberalny oczywiście i niechętny postawom patriotycznym – to całkowicie podległy jakimś
obcym siłom, które Polskę traktują jako rezerwuar taniej siły roboczej.
Zrównoważony rozwój to praktycznie przekleństwo Europy, która przyjęła tę
doktrynę (połączoną z ideą zrównoważonego ubóstwa) jako zadośćuczynienie za
dawne syte lata. Zrównoważony rozwój oznacza na przykład reglamentację wody,
energii, spłatę długu węglowego zaciągniętego przez przodków. Tyle tylko, że te
obostrzenia nie dotyczą rządzących światem Chin czy Nowosowietów. Cierpi tylko
Europa, w szczególności Polska. Z kolei zrównoważony rozwój nauki przyjęty
przez międzynarodowe traktaty to pozwolenie polskim naukowcom na
przyczynkarstwo w jakiejś ośmieszonej gałęzi quasi-humanistyki. Innowacje i
wynalazki są zarezerwowane dla jakichś obcych ich. Jedzenie – oficjalnie modny weganizm i
wegetarianizm, dostępne produkty to jakieś śmieci, a ci, którzy wytwarzają
jedzenie dawnymi, naturalnymi sposobami robią to nielegalnie. Sztucznie
wywołana panika dotycząca nadchodzącej epidemii ma być pretekstem do zmuszenia
do szczepień outsiderów, którzy nie wyrażają na to zgody, a w efekcie ma to być
genetyczna eugenika, pozwalająca na pozbycie się „niechcianego elementu”.
Aplikacje zdrowotne monitorują używanie kawy czy papierosów, co jest generalnie
zabronione oczywiście dla dobra ludzkości. I mniej więcej w tym stylu kolejne
opinie.
Bolałoby o wiele mniej, gdyby nie wykonanie. Z jednej strony mamy
znakomity warsztat pisarza. Wydarzenia mkną, akcja wciąga. Początek jest naprawdę
znakomity, ale trudno się oderwać. Z drugiej, ideologia, która nawet nie
ukrywa, że nią jest. Realna akcja, czyli działania zmierzające do szukania
owego nowego źródła energii zaczynają się mniej więcej w połowie. I tu znowu
mamy do czynienia ze świetnym warsztatem. Opisy przygotowań, plany eksploracji
księżyca, z pojawiającymi się w tle niepokojącymi elementami jest kawałkiem
dobrej fabuły. Z tym, że znowu w głowie
pojawiło mi się „ale” – jedno z rozwiązań fabularnych
jako żywo przypomina podobne z „Pana
lodowego ogrodu”.
Szukając przerysowanych manifestów politycznych, mam do dyspozycji
partyjne ulotki, wydawnictwa i całą masę różnych kanałów medialnych. Czytając
powieść, wolałabym nie obrywać tak podaną ideologią, tym bardziej od autora tej
klasy co J. Grzędowicz.

